niedziela, 9 lutego 2014

Pojechaliśmy po New Yorkera-relacja

Witam,
w połowie drogi między Warszawą a Puławami jest sobie wioska Gończyce. Taka tam miejscowość w której główną atrakcją jest skrzyżowanie z drogą krajową numer 17 i znajdujący się przy nim salon piękności. A! Jest jeszcze Top Market. Mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. Ostatnio dostałem maila z nocnymi zdjęciami dwóch Chryslerów New Yorkerów z informacją, że są do sprzedania i telefonem. Jeszcze niedawno, stał taki na Ursynowie do sprzedania za 11 kafli (więcej zdjęć na Pobliskiej Ulicy). Jakiś czas temu zniknął i w sumie bardzo żałowałem, że go nie wyrwałem. Tak więc nie zwlekając zadzwoniłem i umówiłem się na oględziny.

Sobota, piękny, słoneczny poranek. Zapakowaliśmy się ze znajomym do auta i ruszyliśmy. Początkowo jazda z Konstancina do Góry Kalwarii przez pierdyliard małych miejscowości, krętą drogą 724 była dość męcząca. Zwłaszcza że niektórzy zbyt restrykcyjnie traktowali znaki "teren zabudowany" zwalniając nawet do 40 km/h. W samej Górze Kalwarii na chodniku parkowała taka abnominacja:
Tak. Nie wydaje wam się. Ktoś sprowadził sobie amerykańską Toyotę Yaris w sedanie i śmiga sobie. Lubie małe sedany. Podobuje mi się jak to mówią.
Po zjeździe na drogę do Kołbieli i przejechaniu mostem przez Wisłę (piękne widoki zwłaszcza w taki ładny dzień, polecam) sytuacja się poprawiła. Tirów nie było dużo, a mniejsza ilość miejscowości pozwalała się lepiej rozpędzić. Na rondzie w Kołbieli spotkaliśmy naszych starych znajomych, Cytryna i Gumiaka lecących Lublinem z Golfem II na pace. Because why the fuck not.
Przy okazji chciałem pozdrowić pana jadącego zdechłym Passatem B3 w kombi na blachach z Płocka, który zajechał mi drogę podczas wyprzedzania przy prędkości 120 km/h. Widać Płock to stan umysłu....
Chwilę później mijamy i Pilawę i wreszcie wskakujemy na ekspresówkę. Można się nieco odprężyć w lutowym słońcu.
 Na miejsce dojechaliśmy 10 minut przed czasem więc obejrzeliśmy sobie Chryslery z zewnątrz. Srebrny to jedenasta generacja z ostatniego rocznika produkcji to jest 1987 roku. Z zewnątrz-ruina. Krótko i bez upiększeń. Ruina. Lakier na masce i bagażniku zdrapany do gołej blachy, w drzwiach kierowcy dziura na wylot na trzy palce, połowa elementów trzyma się na przysłowiowe "zdrowaś Mario"...
 Wybiła 14.00, właściciela z którym byliśmy umówieni, jak nie było tak nie ma. Dzwonie:
"Dzień dobry, ja już jestem i czekam"
"A na co pan czekasz?"
"Umawialiśmy się na oględziny Chryslerów na godzinę 14.00..."
"Aaaaa, taaa, noo...to ja bede za 10-15 minut"
25 minut później, na teren zajechał ubrudzony do granic możliwości kremowy Touran i wytoczyło się z niego dwóch rasowych handlarzy. Wszystkie atrybuty łącznie z brzuchem, ubabranymi kombinezonami i łysiną były na miejscu. "To będzie niezłe"-pomyślałem.
No ale nie należało się poddawać na wejściu. Panowie przynieśli akumulator i odpalili srebrną strzałę z kabla. Auto w sumie dość sprawnie ruszyło jak na co najmniej 3-4 miesiące postoju. Co prawda na neutralu rzucało nim tak, że mało człowiekowi zębów nie powybijało ale ok. Stwierdziłem, że przejdę nad tym do porządku dziennego. W końcu za podaną cenę nie należało się spodziewać wychuchanego cacka. Odpuściłem dopiero kiedy okazało się, że do auta nie ma właściwie żadnych dokumentów.
"No co pan panie dostaniesz pan dokument importu nie zresztom ja go na szybe do tamtego kupił to po co dokumenta". Nawet nie próbowałem wnikać co to jest rzeczony dokument importu. Wogóle, sprzedający cały czas powtarzał, że "ja to właściwie nie wiem"
Jak z dokumentami? Nie wiem, nie znam się. Jak z oświetleniem? Europejskie czy amerykańskie? Nie wiem, paaaanie. Gdzie jest jakiś kanał? Tu dzieś dwa kilometry trza pojechać ale to nie wiem w sumie.
Generalnie, ten egzemplarz mógłby być dobrą bazą do renowacji gdybym miał czas, umiejętności, samozaparcie i przede wszystkim pieniądze. I gdyby nie drobny fakt, że ten sam model w autentycznie idealnym stanie można kupić sobie w USA za 1400 dolarów. Ofert jest tyle, że nawet kolor można sobie wybrać.
Po tym jak się poddałem, przeszliśmy do bordowego egzemplarza. Lepszy stan, wyższy rocznik to i cena okazała się odpowiednio większa. Wystarczyło jednak dokładniej rzucić okiem i już wychodziło szydło z wora. Hamulce-zardzewiałe tak bardzo jak bardzo zardzewiałe mogą być hamulce po 4 miesiącach stania na dworze zimą. W prawym progu dziura na wylot taka, że dwa palce spokojnie wejdą. Pod maską syf i brud jakby bomba wywaliła. Nie będę wspominał o takich rzeczach jak niedziałająca lewa tylna szyba czy kapeć w jednym z kół bo rozumiem, że auto w tym wieku ma tego rodzaju defekty. To był zresztą sztandarowy tekst sprzedającego który powtarzał średnio co 2-3 minuty. "Co pan sie tak pszyglondasz? to jest czydziestoletnie auto co pan sie spodziewasz?"
Ogólnie na duży plus trzeba zaliczyć pięknie utrzymane wnętrza w obu egzemplarzach. Skóra nie popękana, cała elektryka działa (łącznie z radiem). Klima nie działa. Czemu? Aaa to nie wiem co to tam jest wie pan.
Dobra starczy. Poddałem się definitywnie. Po tym jak usłyszałem, że cena jest ostateczna i zupełnie nie do negocjacji, rzuciłem jeszcze kontrolnie, że dam 1500 mniej i zabieram jak stoi ale to nic nie dało. Cóż w takiej cenie to można sobie kupić (KLIK!) jeżdżącą Toyotę Avalon na czarnych z polskiego salonu więc stwierdziłem, że podziękuje. A niedługo, możliwe, że wybiorę się do Żuromina żeby ją obejrzeć. Stay tuned!
Jakby ktoś jednak był chętny to dysponuje kontaktem i mogę się podzielić. Ktoś coś to pisać.

9 komentarzy:

  1. A te handlarzyny... Ja z niejednym miałem do czynienia, szukając Malucha. I też raz był taki bajzel w dokumentach (a to polskie auto z polskiego salonu!), że bez namysłu zrezygnowaliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, temat rzeka. Jak to w autach używanych - chyba każdy musiał przejść przez takie przypadki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałem czy nie pojechać do tego Żuromina po Avalona tylko trochę mnie przeraził nalot prawie 600 000 km. Myślisz że jest sens się w to bawić?

      Usuń
    2. To by wyglądało na niekręcony licznik! Dla samego licznika warto! ;) Moim zdaniem na przebieg nie ma co patrzeć. Lepsze znane 600tyś, niż 600tyś przekręcone na 180tyś. Jak jest w dobrym stanie, to bym zobaczył co to jest.

      Usuń
  3. Co Pan sie pszyglondasz - co się Pan kurwa durnie pyta - tylko tak można na to odpowiedzieć? Jak czytam takie historie to mi tylko skacze ciśnienie bo sam miałem ich trochę. Na czele z tą kiedy zrobiłem 250 km z lawetą m.in. przez Tatry, a na miejscu okazało się, że samochód ma wycięte numery nadwozia. Aaaaaaaaaaaale Panie - w bardzo dobrym stanie.
    Jak zwykle ten sam problem, o którym pisałem ostatnio u siebie - "stan dobry jak na wiek". Nie istnieje takie pojęcie, choć handlarzyny używają go namiętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, takie relatywizowanie w stylu słynnego "stan dobry jak na wiek" to coś czego zupełnie nie trawię.
      Tak z ciekawości. Po jakie auto jechałeś w te Tatry?

      Usuń
  4. Dobrze że nie była to wyprawa na drugi koniec Polski - wtedy dopiero można byłoby stresa załapać.
    Czwarta fota najlepsza - Chrysler, McD, kombajn, klepisko-ściernisko i drewniana stodółka. Brakuje tylko worków z cebulą.
    Yaris sedan - myślę że przyjąłby się na większą skalę gdyby był oficjalnie wprowadzony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Dlatego właśnie staram się jeździć lokalnie, albo jeśli już gdzieś w Polskie to od rodziny/znajomych.
      2.Tuż obok (niestety się nie załapał na zdjęcie) był wspomniany jeszcze na początku salon piękności :)
      3.Uwielbiam małe sedany-uważam że powinni tego jak najwięcej wprowadzać stanowczo

      Usuń
  5. Witam,
    Ten srebrny New Yorker niegdyś stał w Godzieszach k.Kalisza. Oglądałem go z zamiarem kupna,ale tak : Mechanikę trzeba by ogarnąć od początku,lakier w stanie opłakanym,w podłodze od strony kierowcy wielka dziuura,we wnętrzu była pleśń,grzyb i kwiatki :) Dodatkowo auto stało 5 lat,ale nie przeraziło mnie to nawet jakoś.Zrezygnowałem ze względu właśnie na brak papieru no i mizerny silnik.

    OdpowiedzUsuń